Zmiana formuły przysięgi małżeńskiej?

Data: 09.12.2013

Autor: Ks. Mieczysław Maliński

Autor zdjęć: michalstrzelec.pl

 Czy nie należałoby zmienić formuły przysięgi małżeńskiej? Myślę, że najwyższy po temu czas. Nawiasem mówiąc, w języku polskim nie zaczynamy zdania od "ja". Ale są wyjątki od reguły, okoliczności szczególnie ważne czy nawet uroczyste dopuszczają taką formułę. Jak na przykład w wypadku pisania testamentu. Przysięga małżeńska jest takim również przypadkiem. Przynależy temu aktowi pełna autoryzacja. Wypowiadający jej słowa identyfikuje się z tym, co oświadcza. To, co mówi, jest jego najgłębszym przekonaniem, decyzją przemyślaną i ostateczną. Na potwierdzenie tego "ja", dodaje swoje imię, jak gdyby podpisuje się pod nią.  

 Dobrze, co do tego zgadzam się. Ale przyznam, że jeszcze jedno mi przeszkadzało i przeszkadza. A mianowicie?
    To sformułowanie "biorę sobie ciebie". Brać sobie można rzecz, kawałek chleba ze stołu, teczkę. Jeszcze dziecko na rękę. Ale przecież tu nie o to chodzi. Tak więc "brać" człowieka w sensie duchowym, to jakoś nie przystoi. "Biorę ciebie". Co to znaczy "biorę"? Czy to znaczy całą - z ciałem i z duszą? Na własność? Na jaką własność? I to jeszcze podkreślając słowem "sobie".
  To sformułowanie rozumiem w sensie zjednoczenia się najściślejszego tych dwóch podmiotów, które przystępują do zawarcia związku małżeńskiego. To wobec tego wolałbym, żeby to sformułowanie brzmiało: "Ja daję siebie tobie". Ale proszę wziąć pod uwagę, że to słowo "brać" posiada jeszcze inny wymiar. A mianowicie wymiar odpowiedzialności: "Od tej chwili jestem za ciebie odpowiedzialny". Jestem odpowiedzialny za to, co się stanie z tobą. I mówiąc: "za żonę", podkreślam, w jakim charakterze "biorę sobie ciebie". "Za żonę". To znajduję jako piękne wyrażenie. Nie za przyjaciela, za koleżankę, za znajomą. Za żonę. Nie za gospodynię domu, za służącą, kobietę do sprzątania, utrzymywania domu w porządku, nie za kucharkę. Tak, bo "żona" ma swój status w naszym polskim słowniku, w naszym kontekście kulturowym. Pytanie: "Kto to jest żona?" nie potrzebuje odpowiedzi. To słowo jest niedefiniowalne. Jest słowem pierwszym, pierwotnym, prostym. Na upartego można podać definicję opisową, względnie wyrażenie zastępcze: "moja kobieta", czego się zresztą dziś raczej nie używa, "żona" oznacza rzeczywistość przez każdego znaną, znaną przez każdy naród, przez każde społeczeństwo, znaną przez całą ludzkość.
  Ale feministki, myślę, mają pretensję o to, że pierwsze zdanie przysięgi małżeńskiej tradycyjnie wygłasza narzeczony. Nie przesadzajmy. Zresztą, gdy kończy narzeczony, zaczyna swoją kwestię narzeczona. Jej tekst jest identyczny z tym, który wygłaszał narzeczony. I ona mówi: "Ja biorę sobie ciebie", wyrażając w ten sposób suwerenność swojej decyzji. Innymi słowy: "Nie jestem niewolnicą kupioną na targu, która nie ma nic do powiedzenia w tej sprawie. Tak jak ty mnie suwerennie wybrałeś, tak i ja ciebie suwerennie wybrałam. Uznałam, że jesteś godny bycia moim mężem". I w ten sposób tamto słowo "biorę" wypowiedziane przez narzeczonego znajduje pełny wymiar, swoją sensowność i pełną łagodność.

 Warto zauważyć, że w przysiędze wypowiadanej przez usta kobiety, która została nazwana żoną, pojawia się słowo "mąż". Drugie słowo podstawowe dla tego wydarzenia, jakim jest zawarcie związku małżeńskiego. "Mąż" - znowu tak jak słowo "żona" - jest słowem, które nie ma definicji, które jest tak stare jak stara jest ludzkość i tak jak słowo "ludzkość" przez wszystkich zrozumiałe. "Mąż" - a więc nie: mój kochanek, mój pan i władca, gospodarz domu, głowa rodziny, nawet nie ojciec moich dzieci czy naszych dzieci, ani nie ten, kto nasz dom ma obowiązek utrzymywać, nie powiernik moich zwierzeń.
  To jest tak i nie. Bo mąż jest mniej lub więcej tym wszystkim, co zostało wymienione i co można by przedłużyć innymi określeniami. Ale ograniczenie jego roli do którejś z wymienionych funkcji, byłoby przekreśleniem jego istoty. Ale trzeba zaznaczyć, że oba te słowa ulegały w ciągu trwania ludzkości fluktuacji. Chociaż istotna treść pozostała niezmieniona, niemniej, inaczej rozkładały się akcenty, na co innego przesuwały się punkty ciężkości. A poza tym, każda kultura ma swoje odczucie tego słowa, trochę inne treści podkłada pod nie. Niewątpliwie tak to jest. Równocześnie trzeba stwierdzić, że dzisiejsza formuła przysięgi małżeńskiej jest wynikiem długiego jak ludzkość procesu ewolucyjnego. I na pewno nie jest formą ostateczną. Ale na pewno do zrozumienia tych dwóch słów każdy człowiek musi dorosnąć. Tu nikt nie zastąpi go w tym procesie i obowiązku. Każdy musi na własny rachunek, własną drogą dość do zrozumienia tej rzeczywistości, jaką one stanowią. Mało z tego. Ja bym dodał, że nadanie pełnego sensu tym dwóm słowom: "mąż" i "żona" jest treścią dialogu, który rozwija się na przestrzeni trwania każdego małżeństwa.

Pozytywnie

facebook